Site Overlay

With a view from beyond the moon, an astronaut talks religion, politics and possibilities

THE PASSAGE of time has rounded the sharp edges of some details. Ale w niektóre noce, gen. dyw. William A. Anders, USAF, Ret., stoi przed swoim domem na wyspie Orcas, spogląda na atramentowo czarne nocne niebo nad kanałem San Juan i czuje, jak olśniewający nów księżyca wciąga jego umysł z powrotem na swoją orbitę.

Gdy jesteś jednym z trzech pierwszych przedstawicieli swojego gatunku, którzy opuścili swoją planetę i udali się na inną, pewne rzeczy mają tendencję do trzymania się ciebie, nawet pół wieku później. Dla Andersa, najjaśniejsze punkty jego historycznego lotu na Apollo 8, z Ziemi na Księżyc, 44 lata temu w tym miesiącu, są bardziej żywe niż ostatnie cumowanie jego łodzi, Apogee, w Deer Harbor.

To jest to, co się dzieje, gdy rzucasz pierwsze ludzkie oczy na podziurawioną tylną stronę Księżyca. Albo zobaczyć Ziemię z większej odległości w kosmosie niż ktokolwiek wcześniej i uchwycić jej kruchość w fotografii, która na zawsze zmienia sposób, w jaki Ziemianie postrzegają swoją planetę.

„Mój umysł staje się coraz bardziej zamazany”, Anders, 79 lat i 59, mówi z uśmiechem. „Ale różne rzeczy pozostają w pamięci. Zwłaszcza, gdy patrzę na horyzont i widzę, że jest nów księżyca. Włosy stają ci dęba na karku. Bo tak właśnie było, kiedy tam pojechaliśmy.”

Księżyc zawsze będzie rzucał długi cień na rodzinę Andersów. To było zarówno wielkie błogosławieństwo, jak i źródło pewnego gniewu. Bycie astronautą Apollo jest ostatecznym amerykańskim typecastingiem; tak wielka była to rola, że większość, która ją odegrała, nigdy tak naprawdę nie stała się nikim innym.

Nie tak było z Andersem, którego kosmiczny życiorys – dyplomaty, prezesa korporacji i tak dalej – uczyniłby go kapitanem drużyny marzeń każdego Zimnego Wojownika. Nie można go winić za tęsknotę za odrobiną uznania za coś innego niż ta mała podróż w kosmos w jego 35 roku życia.

Ale jest wystarczająco bystry, by zrozumieć naturę sławy, trwającą publiczną fascynację nieprawdopodobnym pchnięciem Ameryki na Księżyc i jej pozornym porzuceniem większego kosmicznego zadania.

W tym roku, bezpośrednio po śmierci bliskiego przyjaciela, astronauty Apollo 11 Neila Armstronga, Anders zrobił to, co dla niego kwalifikuje się jako rzadka rzecz: usiadł nieruchomo na tyle długo, aby przeżyć swój lot kosmiczny i zaoferować szczere ujęcie większych pytań dotyczących wszechświata – wszystko z unikalnej perspektywy, którą można uzyskać tylko patrząc na naszą planetę z głębokiego kosmosu.

MOGĘ TAKŻE zacząć od lotu. To była bardzo duża sprawa. Zanim Apollo 8 wzbił się w niebo w grudniu 1968 roku, najdalej od Ziemi jakikolwiek człowiek oddalił się o 850 mil podczas lotu Gemini.

Międzygwiezdna drobnica. Załoga Apollo 8 (Anders, Frank Borman i Jim Lovell) miała przebyć prawie 240 000 mil w kosmosie. Orbita ziemska Johna Glenna była małym krokiem. To był wielki skok.

I stańmy się prawdziwi o tym, co popchnęło nas w pierwszej kolejności: „W Apollo chodziło o pokonanie Rosjan na Księżyc” – mówi Anders, inżynier jądrowy, który kiedyś stał na czele krytycznej amerykańskiej komisji ds. przyszłości lotów kosmicznych po Apollo. „Nie chodziło o to, by zdobyć skały. Poszliśmy na Księżyc, żeby wbić flagę.”

Nie, żeby było w tym coś złego. Ale to ważny punkt, ponieważ szalony wyścig kosmiczny dosłownie zdefiniował misję Apollo 8 w erze, kiedy lot radzieckiego satelity Sputnik 1 o rozmiarach piłki do koszykówki w 1957 roku wysłał Amerykanów do pracy przy kopaniu bunkrów w ich podwórkach.

Pierwszy i jedyny lot kosmiczny Billa Andersa miał być ziemsko-orbitalnym testem lądownika księżycowego NASA, torując drogę do lądowania Apollo 11. Ale około sześć miesięcy przed planowanym startem, amerykańscy szpiedzy donieśli, że ZSRR był gotowy do uruchomienia własnego załogowego lotu na orbitę Księżyca. Start Apollo 8 został pośpiesznie przesunięty, jego misja przebudowana, aby dostać się tam jako pierwszy.

W mniej niż trzy miesiące, inżynierowie NASA rzucili razem skomplikowaną – i niesprawdzoną – mechanikę pierwszego prawdziwego strzału księżycowego. Anders, Borman i Lovell byliby pierwszymi ludźmi przywiązanymi na szczycie amerykańskiej masywnej, nowej rakiety Saturn V.

„Wyobraziłem sobie, że były trzy możliwości, mniej więcej równo ważone,” Anders mówi z rodzajem swobodnego tonu, którego większość ludzi użyłaby do opisania wyboru mięsa na kanapkę. „Po pierwsze, moglibyśmy polecieć i mieć udaną misję – jedna trzecia szansy – i tak właśnie się stało. Albo możemy polecieć, przeżyć i nie mieć udanej misji – to jest Apollo 13. Albo, moglibyśmy polecieć i nie wrócić; rozprysnąć się gdzieś.”

Ocena Andersa: „Całkiem niezłe szanse.”

Absolwent Akademii Marynarki Wojennej, który zdobył komisję w Siłach Powietrznych, Anders ostrzył sobie zęby na służbie bojowej w czasie zimnej wojny, latając myśliwcami F-89 „Skorpion” nad Islandią w późnych latach 50-tych. Rutynowe loty polegały na podkradaniu się do rosyjskich bombowców, a następnie rzucaniu „ptaszkiem” do radzieckich pilotów, którzy nie bardzo wiedzieli, co to znaczy – prawdopodobnie dobrze, biorąc pod uwagę, że wszystkie zaangażowane strony pakowały broń nuklearną.

Kradnąc frazę z „The Right Stuff”, koperta, w umyśle Andersa, została już przesunięta. Lot na Księżyc? Pencil it in.

He left wife Valerie – still along for the ride today, after 57 years – behind with two messages, one to read if he came back, one if he didn’t.

THE LAUNCH, Anders says, was unexpectedly and shockingly violent. NASA zasymulowała wszystko z wyjątkiem kakofonii hałasu i fizyki zderzenia samochodów odczuwanej przez astronautów na szczycie 30-piętrowej rakiety.

„Byliśmy miotani w tej rzeczy,” mówi. „Nie mogliśmy funkcjonować.”

Jazda się wyrównała i w ciągu 40 minut Anders był 20 000 mil od domu, pędząc z prędkością 24 000 mph. Przez trzy dni Ziemia kurczyła się w lusterku wstecznym Apollo 8.

Po wylądowaniu na orbicie, jednym z głównych zadań Andersa było sfotografowanie powierzchni Księżyca, zwłaszcza jego tylnej strony, której nikt nigdy nie widział. (Księżyc jest zablokowany na orbicie synchronicznej z Ziemią; widzimy tylko jego „przednią” stronę). Z powodu orientacji planet podczas tego lotu, tylna strona Księżyca, gdy przybył Apollo 8, nie była ciemna, lecz genialnie oświetlona przez Słońce.

Kiedy się zbliżyli, każdy astronauta opisał powierzchnię jako zimną, zabraniającą, pozbawioną życia. Tylna strona była jeszcze bardziej – poszarpana i gwałtownie podziurawiona. Anders, migając z powrotem do kalifornijskiej plaży, gdzie kiedyś wymykał się z Valerie, opisał powierzchnię jako „brudny plażowy piasek.”

Przez pierwsze dwie ze swoich 10 orbit, kapsuła okrążyła Księżyc do góry nogami i do tyłu. Na trzeciej, małe spalanie silnika wyprostował statek. Coming wokół tyłu księżyca, jeden z astronautów złapał spojrzenie przez okno Ziemi – maleńki, wspaniały, delikatny niebieski piłka – pojawiające się wznieść się nad zabraniając powierzchnię księżyca.

Anders chwycił swój aparat Hasselblad, zatrzasnął najdłuższy obiektyw i zaczął strzelać zdjęcia przez małe okienko.

Choć był skrupulatnie szkolony do fotografowania Księżyca, robienie ładnych zdjęć Ziemi z kosmosu nie przyszło nikomu w NASA do głowy. Więc Anders, bez światłomierza i naprawdę nie mając pojęcia od czego zacząć, improwizował.

Tygodnie później, technik filmowy NASA naświetlił klatki Andersa. Jeden z około 10 wystrzelonych w tej sekwencji wyróżniał się.

To zdjęcie, oznaczone jako „Wschód Ziemi” na słynnym amerykańskim znaczku pocztowym, stałoby się jednym z najczęściej publikowanych obrazów wszechczasów. (Ostatnio Anders dowiedział się, że przez ponad 40 lat było ono drukowane do tyłu z powodu błędu NASA.)

Do dziś Anders nazywa „Wschód Ziemi” „kiepskim zdjęciem”, mówiąc, że jest lekko nieostre. On jest skromny. Nie można zaprzeczyć sile tego obrazu.

Zdjęcie pokazało Ziemianom, po raz pierwszy, jak krucha – i piękna – wydawała się ich planeta z daleka. Stało się ono symbolem pierwszego Dnia Ziemi w 1970 roku i jest uważane za pomoc w napędzaniu ruchu ekologicznego – co Anders popiera.

„Zawsze używałem wyrażenia 'ironia’,” mówi Anders. „Przebyliśmy całą tę drogę, aby odkryć Księżyc. A to, co naprawdę odkryliśmy, to Ziemia.”

Jeszcze bardziej pamiętny moment Apollo 8 nastąpił podczas wigilijnej transmisji telewizyjnej. Podczas nadawania ziarnistych, zbliżonych obrazów powierzchni Księżyca dla publiczności szacowanej na miliard osób, załoga na zmianę czytała pierwsze 10 wersetów Księgi Rodzaju. Anders mówił pierwszy:

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. A ziemia była bez formy i pusta, i ciemność była na obliczu głębin. I poruszył się Duch Boży na powierzchni wód. I Bóg rzekł: Niech stanie się światłość”

Biblijna historia stworzenia, jako wokalne tło dla dramatycznych obrazów księżycowych, była potężną narracją. Niektórzy widzowie przyjęli ją zgodnie z jej przeznaczeniem, jako hołd dla ludzkiej historii stworzenia, wspólnej dla wielu tradycji kulturowych i religijnych na Ziemi. Niektórzy nie; ateistka Madalyn Murray O’Hair złożyła później pozew federalny, który został oddalony.

Wiele wrzasków o nic, mówi Anders. Bormanowi, dowódcy lotu, doradzono, by pomyślał o czymś godnym zapamiętania, co mógłby powiedzieć przy tej okazji. Wybrał Księgę Rodzaju bardziej ze względu na jej poezję niż pobożność, mówi Anders. Przesłanie miało być uniwersalne.

Ironicznie, sześć dni Andersa w kosmosie na zawsze zmieniło jego własny pogląd na jego miejsce we wszechświecie. Wychowany jako katolik, Anders mówi, że generalnie trzymał się tradycyjnego chrześcijańskiego punktu widzenia, według którego Ziemia została stworzona przez Boga, który ukształtował Ziemian na swoje podobieństwo.

Widok z kosmosu zmienił wszystko.

Ziemia widziana z Księżyca, jak wyjaśnia Anders, wygląda na wielkość twojej pięści na wyciągnięcie ręki. W odległości dwóch odległości księżycowych jest o połowę mniejsza; w odległości ośmiu jest to jedna ósma tej wielkości. I tak dalej. Nawet przy 100 odległościach księżycowych, wciąż daleko od Marsa lub jakiejkolwiek innej planety, Ziemia jest postrzegana jako drobina kurzu – nieistotna na tle ogromnej skali wszechświata.

Jedną rzeczą jest wyobrażenie sobie tego. Co innego znaleźć się na tyle daleko w kosmosie, by to poczuć.

„Kiedy spojrzałem za siebie i zobaczyłem tę maleńką Ziemię, to zburzyło mój światopogląd”, mówi Anders. „Oto jesteśmy, na tak jakby fizycznie nieistotnej planecie, krążącej wokół nieszczególnie znaczącej gwiazdy, krążącej wokół galaktyki złożonej z miliardów gwiazd, która nie jest szczególnie znaczącą galaktyką – we wszechświecie, w którym są miliardy i miliardy galaktyk.”

„Czy naprawdę jesteśmy aż tak wyjątkowi? I don’t think so.”

THAT UNIQUE view was a fringe benefit of Anders’ NASA experience, which he saw at the time as more of a patriotic duty. Z perspektywy czasu, perspektywa pomogła mu zdać sobie sprawę, że osiągnął szczyt w programie kosmicznym.

Mógł zatrzymać się na późniejszą jazdę – jako pilot modułu dowodzenia, „pracę, którą już wykonałem”. Ale Anders przewidział koniec Apollo jeszcze przed lądowaniem na Księżycu, zdając sobie sprawę, że powab publiczności – i związane z nim fundusze – będą ograniczone. W 1969 roku przyjął nominację prezydenta Nixona do pełnienia funkcji sekretarza wykonawczego Narodowej Rady Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej, której zadaniem było określenie roli Ameryki po Apollo.

Anders zgodził się z konsensusem, że program kosmiczny powinien zostać „sprowadzony z powrotem na Ziemię”, aby skupić się na satelitach pogodowych, komunikacyjnych i wojskowych. Pytanie brzmiało, czy pójść na całość dużego wahadłowca, czy zbudować mniejszy statek, aby przetestować wody i ocenić twierdzenie NASA, że wahadłowiec obniży koszty dostaw kosmicznych dziesięciokrotnie.

Anders, wciąż rozważając oba podejścia, żywo wspomina telefon od H.R. „Boba” Haldemana, szefa sztabu Nixona, bez ogródek pytającego, która opcja zapewni więcej miejsc pracy w przemyśle lotniczym w Kalifornii. Kiedy podał oczywistą odpowiedź – wielki wahadłowiec – to było to. Click, decyzja podjęta.

Program wahadłowców został uruchomiony, miejsca pracy zostały zabezpieczone i NASA rozpoczęła to, co Anders nazywa czterodekadowym objazdem. Wahadłowiec był spektakularnym pojazdem, z równie spektakularną ceną: Wahadłowiec dziesięciokrotnie zwiększył koszty lotów kosmicznych. „To jest 100-krotny błąd,” mówi Anders, z wyraźnym obrzydzeniem.

Anders nie był fanem ogłoszonego przez George’a W. Busha planu powrotu na Księżyc jako trampoliny do Marsa. I w przeciwieństwie do wielu jego kolegów absolwentów NASA, którzy ostro skrytykowali administrację Obamy za odłożenie tych planów na półkę, on opowiada się za szczuplejszą agencją kosmiczną, która jest mniejszym potworem budżetowym. W krótkim okresie, mówi, Ameryka robi poprawną, i niedrogą, rzecz przez uruchomienie bezzałogowych sond, takich jak Curiosity rover, i rolnictwo ciężkiego podnoszenia bliskiej przestrzeni do prywatnego przemysłu.

On ostrzega przed kolejnym wyścigiem kosmicznym do następnej dostępnej planety.

„Jeśli ludzie jadą na Marsa, aby go zbadać, to powinni to zrobić jako zjednoczeni ludzie, a nie tylko jingoistyczni Amerykanie”, mówi, dodając, „Nie widzę tego przez kolejne kilkaset lat – jeśli nadal będziemy istnieć.”

POLITYKA kosmiczna zepsuła Andersowi smak do rządu i większości rzeczy NASA. W przeciwieństwie do innych emerytowanych kosmicznych kowbojów, spędził mało energii na zarabianiu na tej sławie, unikając płatnych osobistych występów, wywiadów i innych atrybutów sławy. Zamiast tego włożył swoją energię w karierę po locie, która jest najbardziej imponująca spośród wszystkich byłych astronautów.

Po nominacji do komisji kosmicznej Anders służył w Komisji Energii Atomowej, został pierwszym szefem Nuclear Regulatory Commission i był ambasadorem w Norwegii. Później został dyrektorem wykonawczym w General Electric i Textron, a na początku lat 90. został prezesem i dyrektorem generalnym General Dynamics, budowniczego atomowych łodzi podwodnych Trident i całej masy innego sprzętu wojskowego.

Kiedy przeszedł na emeryturę w 1993 roku – wygodnie, dzięki swojemu ostatniemu przystankowi w korporacji – powrócił do stanu Waszyngton, miejsca, które wiązało się z miłymi wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy jego ojciec stacjonował w Marynarce Wojennej w Bremerton. Anders ostatecznie osiadł na Orcas, gdzie przez prawie 20 lat prowadził aktywne, ale głównie prywatne życie.

Pilot myśliwca w nim nigdy nie umarł; Anders nadal spędza około 100 godzin rocznie w fotelu pilota, głównie w zabytkowych samolotach, które kupił i przekazał do Heritage Flight Museum, kolekcji w Bellingham, którą zarządza wraz z synem, Gregiem, również weteranem pilotażu wojskowego. Wszystkie samoloty muzeum są utrzymywane w locie, pojawiając się na pokazach lotniczych, zlotach i innych imprezach.

Jego ulubioną maszyną jest eksponat muzeum, zabytkowy P-51 Mustang, „Val-Halla”, nazwany na cześć żony Valerie i odzwierciedlający znak wywoławczy Andersa, „Viking”, jako młodego pilota myśliwca. To gorąca laska, jak przystało na pilota: Anders kontynuował latanie wypasionymi samolotami tłokowymi w Reno Air Races aż do kilku lat temu.

Andersowie spędzają zimy w San Diego, jego starym rodzinnym mieście, ale kochają San Juans jak nigdzie indziej. (Nie szkodzi, oczywiście, że mogą wskoczyć w Andersa de Havilland Beaver odebrać belę papieru toaletowego i innych artykułów pierwszej potrzeby na kontynencie Costco runs.)

Anders mówi z łatwością człowieka w pokoju ze swoim miejscem w historii. Początkowe rozczarowanie brakiem lądowania na Księżycu, jak mówi, zostało złagodzone przez sławę związaną z byciem jednym z pierwszych ludzi, którzy tam polecieli – jednym z zaledwie 24 do dziś.

„Uznałem, że to niezła druga nagroda. Więc przestałem się tym przejmować.”

Przez większość czasu jest zbyt zajęty prowadzeniem dobrego życia – podróżami, żeglarstwem, zbieraniem funduszy, lataniem, pilnowaniem szóstki dzieci i ich rodzin – by tracić czas na odkurzanie zatęchłych pamiątek. Ale nigdy nie można nie zobaczyć tego widoku z kosmosu.

Mała kapsuła Apollo 8, która zabrała go na Księżyc, znajduje się w Muzeum Nauki i Przemysłu w Chicago, na wystawie statycznej. Widok, jaki mu zapewniła, żyje nadal i jest wyjątkowy.

W cichych chwilach tych ciemnych nocy, gdy księżyc wschodzi, wielki obraz, nad którym zastanawia się Bill Anders, nie jest teoretyczny. To naprawdę duży obraz, który już uchwycił, z odległości ćwierć miliona mil.

Ron Judd jest pisarzem Pacific NW staff writer. Skontaktuj się z nim pod adresem [email protected] Mike Siegel jest fotografem Seattle Times.

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.